1. Księga

"Żadne tzw. problemy ludzkie nie dadzą się rozwiązać. One są tylko po to, aby je przeżyć. A to właśnie jest najtrudniejsze."
- Anna Kamieńska


        Wielki pokój zwany salonem.  Urządzony w staromodnym stylu. Długie kręte schody dodają uroku, drewnianej również ciemnej podłodze. Ściany koloru bordowego igrają z białymi zasłonami.


        Wszędzie ciemno.


        Kanapa, która znajduje się w centralnym miejscu pokoju zajmowała młoda osóbka. Leżała na brzuchu, długie włosy zakrywały jej twarz. Ubrania były potargane a na stoliku naprzeciwko stała kawa w jej ulubionym niebieskim kubku.


        Wiedziała, że tyle lat spędzonych tu poszło na marne. Szczerze mówiąc próbowała w to nie wierzyć. Miała przyjaciół, kochaną rodzinę. Uważała ich za najlepszych, którzy by jej nie zostawili.

         Do domu wtargnęła chuda kobieta z brązowymi włosami i oczami tego samego koloru. Niosła ze sobą trzy wielkie kartony. Jeden był już pełny. Gdy wkroczyła do izby szybko podbiegła do córki myśląc, że stało się coś złego.


- Rose… - powiedziała gładząc ją po policzku.


- Nie chcę wyjeżdżać nie rozumiesz? – Odparła.


- Musimy….                                           


- Znam tu wspaniałe osoby, których nie chcę opuszczać.


       Wstała patrząc na dziewczynę. Uważała ją za piękną niewiastę, lecz nie z wieloma problemami.


       - Mogę zająć się górą? Jeśli muszę odjechać to chcę zabrać swoje rzeczy… – zaczęła Rosalie, lecz nie dokończyła zdziwiła się widząc zadowoloną minę rodzicielki.


- Oczywiście.


         Przebrała się w szare dresy. Nie mogła pozwolić sobie na pobrudzenie zabierając różne przedmioty, które pewnie były całe w białym pyle.


       Weszła do góry po schodach, które prowadziły na strych. Mnóstwo kurzu, kilka zżółkłych firanek zakrywających wielkie okno. Po środku stary dywan ciotki Margaret. Zaraz obok wielka skrzynia, którą i tak musiała ściągnąć na parter. Podeszła i dotknęła metalowego zamknięcia.


      Pociągnęła. Zamknięte, ale muszę jakoś otworzyć. Może tu są moje zaginione rzeczy – pomyślała.


     Zaczęła przeszukiwać pokój, chowając to, co było jej. Pędzle, płótna, farby, sztaluga, paleta.
Wszystkiego szukała przez kilka lat. Zastanawiała się jak to tu się znalazło. 


       - Cholera – przeklęła.


     Zakręciło jej się w głowie.  Nie wiedziała jak długo już tu była. Odsłoniła firanę. Było już ciemno. Odwróciła się i zaczęła znów zajmować się tajemniczym przedmiotem. W jej oczach zabłysł długi nóż. Tego potrzebowała.


     Wzięła go za srebrną rączkę i przyciągnęła do kłódki. Męczyła się kilka minut. Ku jej zdziwieniu w środku znajdowały się listy i księga. Zbieg okoliczności? Jej matka była w depresji kilka lat przez kartki papieru…


       Nikt chyba się nie domyśli, gdy zobaczę, co to jest.



17.12.1996, Nowy York



Kochana Suze!



       Nie mogę tak. Rozumiesz? Moje życie straciło sens. Oni mnie gonią, gdy dowiedzą się, że utrzymuję z tobą kontakt zabiją cię i Rose. Masz być jej kochaną matką. Nie wspominaj jej nigdy o paranormalnym ojcu i sama o mnie zapomnij.

   

Kocham Cię.

Joseph



       Znów płakała, ale teraz bardziej obficie. Czemu jej ojciec był… paranormalny? Przejechała wzrokiem jeszcze raz po tej linijce. Nie rozumiała.


       Wyciągnęła następną – rozerwaną w pół. Postanowiła przeczytać więcej biorąc trzy kolejne, które o niczym nie mówiły a wysyłane były z różnych miejsc.


        Wzięła w rękę książkę wcześniej jej się przyglądając – wydawała jej się teraz piękna.


       Zeszła na chwilę do pokoju by ją położyć wraz z listami na komodzie. Po chwili powróciła do dalszej pracy.
      



________________________________________

Witajcie, ponownie! 
Rozdział jest trochę... nudny? Ale cóż, trzeba od czegoś zacząć - od późniejszych rozdziałów będzie już ciekawiej. 
Pewnie nie ma tutaj odpowiedzi na wasze pytania, lecz w następnych będzie o wiele więcej.
Dowiecie się wszystkiego, zaczynając od poznania się Suze i Josepha aż do dalszego życia Rose.

W poniedziałek mnie nie będzie i nie będę mogła wam złożyć życzeń więc chcę wam już teraz o 23:30 życzyć miło spędzonego Nowego Roku z Rosalie! 






0. Prolog


     Zimny, styczniowy dzień. Na termometrze mogłoby być maksymalnie trzy stopnie. Podwórze chyba nigdy nie było tak bardzo zasypane śniegiem.  Na ławce obok małego domku jednorodzinnego siedziała dziewczyna. Za raz do niej dosiadł się chłopak, który mógł mieć siedemnaście lat.
- Musisz jechać? – Zapytał się.
- Nie mam wyboru… - odpowiedziała odwracając głowę.  -  Mamy trzy dni…
- Rozumiem.
- Rose, spiesz się! – Ktoś odezwał się z otworzonego garażu.
- Już idę, mamo – odmruknęła w odpowiedzi.
   Wstała drgając lekko. W jej głowie kłębiło się wiele myśli. Wyjazd, przyjaciele, rodzina – musiała wszystkich zostawić.   Gdy przechodziła obok dużego drzewa, prawdopodobnie buku, uśmiechnęła się. Dominic ostatni raz pomyślał o ich wygłupach. Nie zauważył, że podniósł mu się kącik ust.
Lato, 2003 rok.
Mała Rose szła drużką.  Jej pantofelki dawały piękne odgłosy. Sukienka falowała, a włosy zaplecione w warkocz ochładzały jej spocone plecy. Czekała już długo na kilka osób. Alison, Alex, Edith, Dominic nie zjawili się o umówionej porze. Robiło się ciemno, lecz nic sobie z tego nie robiła.  Przyszli pół godziny później, nic dziwnego, że teraz nadal się z nimi przyjaźni, onieśmieleni tym, co widzieli. Rosalie Moore w tej odsłonie, w której jej nigdy nie widzieli. Dziewczyny szybko podbiegły i ją przytuliły. A rodzynek doszedł po chwili z nieukrywanym zaskoczeniem.
   Spod jej czarnych rzęs wypłynęły dwie ciepłe łzy.  Pamiętała wszystkie spędzone chwile z przyjaciółmi.  Od siódmego roku życia aż do szesnastego. Nigdy nie myślała, że będzie musiała ich zostawić.
    Chciała mieć już chwilę spokoju – powędrowała do domu.